Po zielonej łące wspomnień, przez morze błękitnych niezapominajek... Idę, wciąż szukając fragmentów zgubionego szczęścia...



Wydeptywane ścieżki na łące
Jak by się człowiek nie odwrócił, dupa i tak zawsze z tyłu sobota, 28 styczeń 2012, 00:54
No i tak jakoś mi się zabłądziło w te strony. Trzeba korzystać z wolności słowa, zanim cenzura wejdzie do internetu na dobre. Oj, taka mała aluzja do całego zamieszania wokół drobnej ustawki, która podobno nic nie zmieni, jak to gdzieś tam premier tegoż marnego państwa się wypowiedział. To pytanie... Po co wprowadzać, skoro nic nie zmieni? Tak, wiem... Młoda jestem, niewiele wiem. Ale kagańca to ja nawet swoim psom nie zakładam, więc dlaczego ktoś chce ów założyć mi? No, to żeby wszystko było jasne - nie dla ACTA! O, to się w politykę pobawiłam, obywatelką poczułam, a teraz już wystarczy, bo co za dużo, to niezdrowo. I tak nadrobiłam za cały rok. Tak już chyba przyszłościowo trochę. Przejdę więc może teraz już do spraw związanych ze mną i tylko ze mną, czyli będzie jak zawsze.
Cóż to mnie sprowadziło w moje skromne progi, zapytacie. Otóż sprawy są dwie. Jedna stara, druga trochę młodsza i zdecydowanie ciekawsza (przynajmniej jeśli chodzi o mój własny, osobiście subiektywny punkt widzenia). Jednakowoż obie są tak samo idiotyczne w moim mniemaniu i oczywiście dotyczą osobników płci przeciwnej, zwanych dalej mężczyznami/facetami/samcami (niepotrzebne skreślić). Zacznijmy może od tej starej, co by mieć ją raz dwa z głowy. Tak się składa, że mam znajomą, która towarzyszyła mi w prawie całej przeprawie ze znanym Wam dość dobrze autostradowym adresatem. Ponieważ mi towarzyszyła, jest niestety takim przypominaczem o tym, że ów osobnik kiedyś istniał. I o ile przez większość mojej obecnej egzystencji na tym padole jestem wolna od myśli o nim, o tyle jej osoba zdarza mi się o nim przypomnieć. Nie żebym miała z tego powodu jakiś problem, czy coś, już nie... Ale faktem jest, że przypomina (niewiele jest wokół mnie rzeczy, które nie przypominają). Pewnego dnia owa znajoma stwierdziła, że ona już z komunikatora za bardzo nie korzysta, więc żeby mieć ze mną kontakt (poza telefonem oczywiście), poprosiła, żebym dodała ją do znajomych na znanym portalu społecznościowym, na którym jestem szczęśliwą posiadaczką fikcyjnego konta, za pomocą którego mam dostęp do lubianej przeze mnie gry. Znajomych mam tam wielu, lecz tych, których znam faktycznie (w tak zwanym realu) mogłabym wyliczyć na palcach jednej ręki. Ale że się dziewczyna zaparła, to się zgodziłam. I wyobraźcie sobie złośliwość owego portalu. Ma on w zwyczaju pokazywać po bokach różne niezbyt przydatne rzeczy. Jedną z nich jest "ludzie, których możesz znać". Po kilku dniach od dodania owej znajomej, w wymienionej przed chwilą rubryczce zaczął pojawiać się nie kto inny, ale właśnie adresat autostrady (którego znowu ona w znajomych posiada). No sami powiedzcie, czyż to nie jest złośliwość? Chętnie założyłabym tam rubrykę "ludzie, których wolałbyś nie znać", pasowałby idealnie. Przełknęłam to jednak z godnością i przy najbliższej okazji postanowiłam wygarnąć znajomej, że zadaje się z podejrzanymi typami. A skoro już rozmawiałyśmy, to zapytałam, czy chociaż utrzymuje z nim jakiś kontakt. Gdyby powiedziała, że tak, to poprosiłabym, by pod żadnym pozorem nie udzielała mu (nawet najmniejszych) informacji o mnie. Ona jednak powiedziała, że nie. Przy czym chyba źle odebrała moje pytanie (być może pomyślała, że chcę się czegoś o nim dowiedzieć - bardziej w błędzie być nie mogła) i po chwili zastrzeliła mnie stwierdzeniem, że chyba gość ma dziewczynę. To była ostatnia rzecz, jaką chciałam o nim usłyszeć. Bo mimo iż ogólnie jest moją przeszłością, to w momencie czytania tamtej wypowiedzi poczułam, jakby ktoś mnie zdzielił tępym narzędziem. Sama nawet nie wiem, co to było za uczucie... Może zazdrość, że on kogoś ma, a ja nie? Że mu to wszystko wyszło na dobre i że spłynęło po nim, jak po kaczce... Nie wiem... Ważne, że zabolało tylko przez moment i już przeszło. Co nie zmienia faktu, że bez przerwy coś mi o nim przypomina... Nawet wykonawca (którego ostatnio z wielkim zainteresowaniem słucham) tej piosenki spod napisu. Do tego zbliża się kolejna rocznica związku, którego nie było, zawartego w dniu, którego nie ma. Z tą jedną różnicą, że ów "dzień, którego nie ma", w tym roku będzie. Mam nadzieję, że i na to jestem już odporna. Się okaże...
Sprawa druga dotyczy historii bardziej zabawnej i związanej z odkrywaniem moich detektywistycznych zdolności. Jak pamiętacie (kto nie pamięta, może sobie przypomnieć tutaj) wspominałam kiedyś o pewnym tajemniczym brunecie i moich internetowych poszukiwaniach, których efekt był na tyle niezadowalający, że postanowiłam sprawę zamknąć do odwołania i zapomnieć o wszystkim, czego (jak później się okaże) z pełnym powodzeniem udało mi się dokonać. Jak się jednak okazuje, życie bywa przekorne i właśnie muszę ogłosić odwołanie, po którym (wraz z końcem notki) sprawa znów zostaje zamknięta na czas nieokreślony. Bo kochani... Wyobraźcie sobie, że mieliśmy nie tak dawno Święta. A Święta, jak wiadomo, są czasem, który ludzie zazwyczaj spędzają w gronie rodzinnym. Ja jednak nie wpadłam na to, że może to być powodem zawirowania w moim, jakże spokojnym, życiu. Więc po raz kolejny... Było to tak... Siedziałam ja sobie spokojnie w tym samym miejscu, co poprzednio, absolutnie nie spodziewając się, że stanie się coś dziwnego tego dnia. Tak sobie siedząc i słuchając, co człowiek stojący z przodu ma do powiedzenia, postanowiłam się rozglądnąć po sali. Mój wzrok trafił na faceta, który siedział w tym samym rzędzie, co ja, tylko po drugiej stronie przejścia. Oczywiście włączyła się ocena i pojawiła się w głowie myśl, że całkiem niezły, po czym spojrzałam znów przed siebie. I kiedy odwróciłam wzrok, coś w mojej głowie zaświtało, że ja go skądś znam. Spojrzałam więc drugi raz, trybiki w mojej głowie zaczęły pracować na wyższych obrotach i... mnie olśniło. Toż to przecież jest tajemniczy brunet, o którego istnieniu zdążyłam zapomnieć! Natychmiast centrum mojej uwagi zmieniło miejsce i nie mogłam się oprzeć pokusie zerkania co jakiś czas w jego stronę. Ponieważ przypomniały mi się moje wyrzuty sumienia z powodu nieodwzajemnionego uśmiechu, postanowiłam tym razem stanąć na wysokości zadania. Kiedy wszystko się skończyło, ludzie zaczęli wychodzić, spojrzałam w jego stronę i... Tak, znów zostałam obdarzona uśmiechem, który tym razem odwzajemniłam. I wiecie co? Poczułam ulgę... Jakbym spłaciła jakiś dług. Mogłam spokojnie nigdy więcej go nie oglądać. No, przynajmniej tak się czułam przez pierwszą chwilę. Potem jednak musiałam bardzo ze sobą walczyć, by nie zerkać. Pech chciał, że ciągle był gdzieś w zasięgu wzroku i staczałam wręcz poważne bitwy, by się nie gapić. Facet jest jak magnes dla moich oczu! I do tego ciągle był gdzieś w pobliżu. Tamtego dnia ratunkiem okazał się być mąż mojej znajomej, który zajął taką pozycję, że mi go zasłonił. Jednak problem nie zniknął, ponieważ podsłyszałam (absolutnie przypadkiem), że gość zostaje tu prawie miesiąc. W tamtym momencie mnie ta informacja ucieszyła, ale nie miałam pojęcia, jak uciążliwa stanie się dla mnie jego obecność. Na każde następne spotkanie szłam z nadzieją, że i on tam będzie, a kiedy był, za każdym razem czekałam na ten uśmiech, który oczywiście następował. I kurczę... Z każdym kolejnym spotkaniem miałam wrażenie, że jest jeszcze bardziej przystojny! Do tego nie mogłam się przez niego skupić. Rozpraszał mnie, kiedy był i rozpraszał mnie, kiedy go nie było. Zaczynałam się już naprawdę o siebie martwić i stwierdziłam, że jak chłop zaraz nie wyjedzie, to zwariuję przez niego. Ot prosty przykład... Zwykle siadam z tyłu, a raz znajomy poprosił mnie, żebym go w czymś zastąpiła, co wiązało się z tym, że będę musiała siedzieć z przodu. Miałam ochotę ukręcić mu głowę, kiedy po spotkaniu okazało się, że tajemniczy brunet był i siedział z tyłu, co oznaczało, że ominie mnie tego wieczoru "mój" uśmiech. Chłopak miał szczęście, że spotkałam gościa później w drzwiach i uśmiech dostałam. Mało tego coś na kształt niemego "cześć" w bonusie. Czyli postęp szalony moi drodzy. Od niezauważonego uśmiechu w lecie, po nieme "cześć", które od tamtego momentu w drzwiach, zaczęło się już zawsze pojawiać. I wiecie... Czuję się jak idiotka, kiedy o tym wszystkim pomyślę. Rozglądam się za jakimś gościem, jak nastolatka. Za gościem, który jest zajęty, czyli poza zasięgiem, co zwykle oznaczało dla mnie sprawę zamkniętą, a tu nie potrafię nad sobą zapanować. Poza tym jest jedna rzecz, która wydaje mi się dziwna. Bo że ja zerkam na niego w każdym dogodnym momencie, to przecież nic takiego. Jestem wolna, mam prawo mieć sobie obsesję na punkcie mężczyzny, który mój wzrok przyciąga. Jednak on... On tak samo na mnie spogląda, tak samo szukał mnie wzrokiem po spotkaniu, jakby też czekał na ten uśmiech. I nasze spojrzenia zbyt często się spotykają, żeby mógł to być przypadek. Ok, gapię się na niego przy każdej okazji, ale wątpię, by jego spoglądanie w moją stronę było normalne w tej sytuacji. Zgłupiałam, absolutnie zgłupiałam. Ten facet odbiera mi jasność myśli! I nawet nie wiecie, jak się cieszę, że nie mieszka tutaj, i że wyjechał już do siebie. Przynajmniej odzyskałam równowagę i wyciszyłam obsesję. Boję się, co by się mogło ze mną stać, gdyby został dłużej. Jak nic by mnie odwieźli w kaftanie do miejsca o miękkich ścianach i drzwiach bez klamek. Przecież ja go zupełnie nie znam! Ale nic nie poradzę na to, że... Kocham ten jego uśmiech...
Now you're just somebody that I used to know poniedziałek, 12 grudzień 2011, 21:47
"Patrzysz czasem na swoje zdjęcie i widzisz kogoś obcego w tle? To sprawia, że zaczynasz się zastanawiać, jak wielu obcych ludzi posiada twoje fotografie. W jak wielu momentach z życia innych ludzi uczestniczyliśmy? Czy byliśmy częścią czyjegoś życia, kiedy ich marzenia się spełniały? Albo byliśmy tam, gdy ich marzenia umierały? Czy staraliśmy się znaleźć na tym zdjęciu, jak gdyby było nam przeznaczone się na nim znaleźć? A może zostaliśmy zaskoczeni? Tylko pomyśl. Mógłbyś być dużą częścią czyjegoś życia... I nawet o tym nie wiedzieć."

Z jednej strony przerażające, prawda? Setki ludzi, którzy posiadają Twoje zdjęcie i kto wie, co z nim robią. Z drugiej jednak... Zdjęcie z Tobą w tle, mogące mieć dla kogoś duże znaczenie, wywołuje zupełnie inne reakcje. Ciekawe, czy jest gdzieś na świecie ktoś, dla kogo zdjęcie ze mną w tle ma szczególne znaczenie...
Tyle jeśli chodzi o filozoficzne dywagacje. A z prozy życia... Nie piszę, bo trochę nie mam czasu, trochę nie mam ochoty, ale przede wszystkim nie mam o czym pisać. Nie ma emocji, nie ma powodów do pisania. Owszem, mam lepsze i gorsze dni, ale w żadnym wypadku nie zbliżam się do granicy wytrzymałości na tyle, by musieć to opisać. Brak emocji i brak wydarzeń w moim życiu powoduje brak słów na łące. Brak myśli, które chciałabym ubrać w słowa lub brak słów, którymi mogłabym wyrazić moje myśli. Koło się zamyka... Poza tym... Jest jeszcze jedna rzecz... Poznałam kogoś. Spokojnie, bez euforii - to jest kobieta. Spotykamy się od czasu do czasu na babskie pogaduszki i muszę powiedzieć, że bardzo mi tego brakowało. Ona ma w sobie coś takiego, co sprawia, że bardzo łatwo mi się z nią rozmawia. Znamy się krótko, a jest jedyną osobą, której odważyłam się opowiedzieć to i owo o adresacie autostrady. Nigdy nikomu o nim nie opowiadałam. Poza Wami, ale to zupełnie coś innego. Myślę, że to może być dobry początek dla... hmm... Przyjaźni? I właśnie ponieważ mogę sobie porozmawiać z moją nową znajomą, "pisanie w przestrzeń" przestało mi być potrzebne. Sami zresztą widzicie, co się dzieje. Nie mówię, że odchodzę, bo nie odchodzę. To było, jest i będzie moje miejsce. Tyle że będę tu zaglądała zdecydowanie rzadziej. Może przez jakiś czas nie będę zaglądała wcale. Może czasem zaglądnę tylko do Was... Ale ogólnie... Znikam... Brak mi motywacji... To by chyba było najlepsze określenie mojego stanu. I nie mówię tylko o pisaniu. Muszę coś z tym zrobić, bo wyrzuty sumienia i strach kiedyś postanowią w końcu mnie zjeść. A tego byśmy nie chcieli. Tak czy siak... Łąka zostaje otwarta dla Was, gdybyście czasem chcieli przyjść, usiąść na trawie, wsłuchać się w szum liści i może nawet pomyśleć ciepło o mnie. Ja o Was pamiętam, tylko... Jeśli odwiedzam, to po cichutku, żeby nikt nie zauważył mojej obecności. Myślę, że pewnego dnia tu wrócę, obiecałam przecież. Ale stanie się to dopiero, kiedy do mojego życia zawita kolejna burza, kolejny ogień. Coś nowego i świeżego, bo te tlące się węgielki już nikomu pożytku nie przyniosą. Ugasić ich nie potrafię, a pisać o nich nie chcę. Poza tym, Wy zapewne nie macie ochoty o nich czytać. Wspomnienia nadal krążą po mojej głowie. Przestałam z nimi walczyć... Bo wystarczy jedno miejsce, jedno słowo lub piosenka (dziś zdecydowanie piosenka) i wracają... Czasem przynoszą tęsknotę za tym, co odeszło... Czasem złość, że nie stało się inaczej... A czasem świadomość tego, że aby coś się zaczęło, coś musi się skończyć. Ciągle jeszcze czekam na ten początek i ciągle zdarza mi się czuć strach, że to jeszcze nie koniec. Zdarza się, że obietnice, które mi zostawił, brzmią teraz bardziej jak groźby. I wciąż jeszcze powraca ból, który dziś jest, a jutro pewnie już go nie będzie... Ból, bo stał się kimś, kogo kiedyś znałam...

PS. Kochani, bardzo wątpię, bym zjawiła się tutaj jeszcze przed Świętami, czy nawet końcem roku, więc tak na zapas życzę Wam ciepłych, rodzinnych Świąt i Nowego Roku lepszego niż ten, który dobiega do końca. Jak będę miała jakąś wenę, to może wysilę się na coś głębszego.
All that you can't leave behind środa, 28 wrzesień 2011, 18:22
Dziś, po raz pierwszy odkąd tak naprawdę zaczęłam pisać, czuję się jakoś nieswojo przychodząc tutaj. I nie rozumiem tego... Tak, jak nie potrafię zrozumieć miliarda innych rzeczy, które zdarzają się ostatnio w moim życiu. I ta nieswojość nie jest spowodowana tym, że mam wyrzuty sumienia z powodu mojej kolejnej dwumiesięcznej nieobecności, bo tym razem... Cóż, nie była ona zależna tylko i wyłącznie od moich wyborów. Nie wiem... W ostatnim czasie tak bardzo chciałam tu przyjść i zapisać wszystko, co się działo. Bo działo się naprawdę wiele. Ale po prostu byłam zbyt zajęta życiem. To chyba dobrze, prawda? A miałam napisać o tym, jak super spędziłam czas podczas obozu... I że "moje" dzieci były totalną odwrotnością moich czarnych wizji... I że auta wcale nie odebrałam wtedy, kiedy miałam odebrać... I byłam naprawdę zła z tego powodu, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło... I że zamiast siedzieć po obozie w domu, zajęta swoją nudną codziennością, znajoma wyciągnęła mnie w... Hmm... Podróż życia? Na drugi koniec świata (no dobra, Polski) nad morze, gdzie byłam tylko dwa razy wcześniej, z czego prawie nic nie pamiętam, bo byłam naprawdę mała. I że spędziłam tam naprawdę super czas, mimo iż musiałam przemieszczać się za pomocą środków publicznego transportu (autobus, tramwaj, kolejka podmiejska), którego nigdy nie używałam, bo nie musiałam lub po prostu nie miałam na to ochoty (taka mała awersja). I że w owych środkach transportu zaliczyłam niezły przypał. I że w międzyczasie miałam jedne z najlepszych urodzin w życiu, choć bez fajerwerków. I że przez całe 24 godziny ich trwania nie zmrużyłam oka (no dobra, tylko na momencik). I pomyślałam sobie, że to pierwsze urodziny od jakichś trzech lat, kiedy nie przyjdę tu i nie będę pisała kolejnej notki o mijającym czasie. I że wracałam pociągiem (który wyjeżdżał o 4:33 w dniu moich urodzin - dlatego nawet się nie kładłam i potem nie spałam cały dzień), a po drodze odebrałam swoje auto, dzięki czemu nie musiałam gnić w owym pociągu aż tak długo, a dodatkowo zaliczyłam wizytę u innych znajomych i rodziny. I że z wypadu nad morze zrobiła się dwutygodniowa wycieczka... Miałam napisać o tym wszystkim i jeszcze więcej, ale... Kiedy po tych dwóch tygodniach nieobecności, wróciłam do domu i chciałam włączyć komputer, on... umarł. I to umarł na śmierć. Pewnie z tęsknoty za mną. Nie wiem, kiedy ostatnio miał tak długi urlop. A ponieważ komputer umarł, nie mogłam tu przyjść i napisać tego wszystkiego, czym tak bardzo chciałam się podzielić. Zdobycie innego i dogadanie się z nim zajęło mi jakieś kolejne dwa tygodnie. I... Przeszła mi cała ochota na napisanie tego wszystkiego, co tak bardzo chciałam zachować w pamięci... Może jeszcze kiedyś...? A potem pojechałam znów w jedno z moich miejsc pełnych dobrych wspomnień, słońca i uśmiechu. I naładowałam baterie na całą szarą codzienność, która zbliża się znów do nas wielkimi krokami, jak zwykle za wcześnie. I najadłam się najlepszych na świecie lodów, naoglądałam się najpiękniejszych zachodów słońca i doszłam do wniosku, że marzenia się jednak spełniają. Co prawda (jak to ktoś kiedyś powiedział) nie tak i nie wtedy, gdy tego pragniemy, ale się spełniają. I to wcale nie musi być niewłaściwy czas lub sposób. Myślę, że to raczej jest moment, w którym wcale się tego nie spodziewamy, a sposób... Cóż... Nie zawsze możemy dostawać to, czego pragniemy tak, jak tego pragniemy. Moje marzenia spełniły się dwa. Jedne z najbardziej nieoczekiwanych i w najbardziej nieoczekiwanym momencie oraz w nieoczekiwany sposób. I chociaż nie spełniły się w stu procentach tak, jak tego chciałam, to uważam, że jest to już jakiś dobry początek. Może po prostu metoda małych kroczków? Nie to jest w tym najważniejsze. Bo widzicie... Ja cieszyłam się w tamtych momentach tak, jakby te marzenia spełniały się całkowicie. Dlatego nieważne jest, jaki to był procent... Liczy się, że w ogóle się to zdarzyło. A że nie w pełni? Cóż... Może dzięki temu będą miały okazję spełnić się dwa razy.
A dziś... Dziś mam w sobie sprzeczne emocje. Bo z jednej strony wciąż żyją we mnie słoneczne wspomnienia, a z drugiej... Wszystko jest poniekąd przyćmione efektami ubocznymi całego tego wyjazdu. Bo widzicie... Ta znajoma, u której byłam... Ona była mi bardzo bliska, kiedy i adresat autostrady był mi bliski. I znała całą tę historię, bo była tuż obok, kiedy zbierało mi się na jakieś żale. Mało tego... Znała go osobiście... I teraz, kiedy jego już nie ma... Ona mi o nim przypomina (w sensie, że jej osoba). I wszystko było nieźle, dopóki do niej nie pojechałam. Wiecie... Kiedy korzystałam z jej komputera, miałam ochotę kliknąć na ikonkę komunikatora i sprawdzić, czy wciąż ma go na liście kontaktów. Nie, nie zrobiłam tego, ale w zamian za to miałam w nocy okropny sen, że on do niej napisał, kiedy siedziałam przy komputerze, a ja jej zrobiłam awanturę o to, że mi nie powiedziała, że nadal z nim utrzymuje kontakt. To było idiotyczne, zważywszy na fakt, że nigdy (dopóki nie opowiedziałam jej tego snu) tak na prawdę nie zapytałam jej, czy ma z nim kontakt. Ten sen rozpoczął lawinę drobnostek, które z początku ignorowałam, bo tak nauczyłam się postępować, wiedząc że to najlepszy sposób. Ale za każdym razem, kiedy ktoś o nim wspominał albo coś mi się z nim kojarzyło, zaczynały się znów pojawiać te igiełki w klatce piersiowej. I nikt pewnie nie zdawał sobie sprawy z tego, że ten temat nie powinien być poruszany. Uświadomiłam sobie, jak poważny jest mój stan dopiero w momencie, kiedy w nocy, w tłumie ludzi zobaczyłam kogoś, kto przez moment wydał mi się być nim. Moje serce natychmiast zaczęło bić jak szalone. Tysiące razy wyobrażałam sobie, jak bym się zachowała, gdybym go spotkała. Wymyśliłam wiele scenariuszy, ale to, co wydarzyło się w tamtym miejscu, kiedy tylko przez sekundę wydawało mi się, że go zobaczyłam, nawet w maleńkim procencie nie było podobne do wszystkiego, co sobie wyobrażałam. Tamta chwila sprawiła, że po raz kolejny coś we mnie pękło. I to w najgorszym momencie, bo... Parę dni później musiałam wsiąść do pociągu... Pociągu jadącego przez dwa miasta, które już chyba na zawsze będą mi się z nim kojarzyły. Może po części również dlatego spałam wtedy tylko przez godzinę, o ile to w ogóle była godzina. To głupie, ale musiałam zobaczyć choć fragment miast, które były częścią jego życia, a o których tak wiele mi opowiadał. I musiałam zobaczyć dworzec, na którym wsiadał, kiedy wybierał się w podróż do mnie. I tak wiele myślałam o tym, co wtedy musiał czuć... Za każdym razem inaczej... I patrzyłam na twarze ludzi, którzy stali na peronie, z myślą, że on może stać gdzieś wśród nich. A nawet myślałam sobie, jak by to było, gdybym tak wysiadła z pociągu i pojechała zrobić mu niespodziankę. Ale w żadnej z tych myśli nie byłam dla niego miła. W żadnej z tych myśli nie byłam obojętna... I to właśnie zabolało mnie najbardziej. Nie to, co on zrobił, tylko to, czego ja zrobić nie potrafię. Zapomnieć... Bo zabrał mi najcenniejszą rzecz, jaką wtedy miałam... Zabrał mi przyjaciela... Jedynego przyjaciela... A ja oddałabym wiele, by znów to mieć...
Wiecie... Tak sobie myślę, że pewnie bym mu wybaczyła, gdybym tylko miała okazję z nim porozmawiać. Gdyby chciał porozmawiać i cokolwiek wytłumaczyć. Tak, zapewne bym go przyjęła chłodno, ale żegnałabym go z maleńkim płomykiem w sercu. I nie mówię tu o powrocie do relacji między nami, tego nawet nie mam zamiaru chcieć. Ale nie lubię mieć do kogoś żalu. Nie umiem żyć w nieprzebaczeniu. I nienawidzę smrodu spalonych mostów.
Miałam o nim nie pisać. Miałam wyrzucić tę część notki, która zawierała opis wszystkiego, co przywołała tamta podróż, a co wiązało się z nim. Miałam wyrzucić, bo napisałam te słowa jakiś czas temu, ale ponieważ nie miałam czasu dokończyć wszystkich myśli, nie opublikowałam tego. I pewnie bym tak zrobiła, bo czuję już trochę inaczej, a emocje się uspokoiły, tylko... Zmieniła się data w kalendarzu. Dziś mija rok od dnia, w którym ostatecznie zamknęłam tę znajomość. No, przynajmniej oficjalnie. Rok temu napisałam do niego ostatnią wiadomość i dziś... Jest mi znowu przykro, że tak właśnie musiało być... I znów kręcą mi się po głowie różne myśli, wspomnienia, pytania bez odpowiedzi... Ale wiecie... Jest jedna rzecz, której jestem pewna... Nie tęsknię za nim...

PS. W związku ze śmiercią mojego komputera mam do Was prośbę. Co prawda prawie wszystkie dane udało się uratować, jednak to, co zawierała przeglądarka, przepadło na zawsze. Czyli wszystkie adresy do moich zaprzyjaźnionych blogów jak również. Zatem... Wybaczcie, jeśli mi się o Was zapomni (bez listy ktoś może mi umknąć) i proszę, byście zostawiali ścieżkę do siebie. Kogo pamiętam, tego pamiętam, niestety nie wszystkich. Gdybyście nie mieli haseł i "dozwolone od lat 18", to miałabym Wasze adresy, więc sami jesteście sobie winni. No, żeby nie było, że to tylko ja. To teraz się dowiem, kto przychodzi do mnie tylko dlatego, że ja przychodzę do niego.
Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! sobota, 30 lipiec 2011, 19:54
Uwaga, będę marudzić. Kto nie ma na to nerwów niech pominie pierwszą część notki. Ale ja muszę, muszę, bo naprawdę nie wytrzymam. Zwykle jestem osobą cierpliwą, ale moja cierpliwość ma swoje granice i właśnie balansuję na ich krawędzi. Co takiego się stało? Otóż od Wielkanocy mieszka z nami dziadek. No ja wiem, że to człowiek starszy, że wiele dla nas zrobił, że źle słyszy, źle widzi, coś zapomina, z czymś sobie nie radzi... Ja to wszystko wiem i naprawdę bardzo, bardzo się starałam być cierpliwa i wyrozumiała, ale... Nie mam już na to wszystko siły. Bo to, że jest człowiekiem starszym i tak dalej nie zwalnia go ze zwyczajnej uprzejmości, dobrych manier i dostosowania się do panujących w naszym domu zasad, które naprawdę nie są skomplikowane. I w ten sposób pewne rzeczy doprowadzają mnie już do szału. Bo o ile na początku dało się na to przymykać oko, o tyle... No jak długo można? Ja nie jestem służącą, czy psem, żeby mi rozkazywać. A dziadkowi słowo "proszę" przez usta nie przechodzi. Zatem jak czegoś chce, to mówi "daj mi". Nigdy, NIGDY nie powie "proszę", zawsze "daj" albo ewentualnie zrobi jakieś podchody w stylu "a nie mam do czego nalać picia" lub "szklanki to się skończyły?". I tak dzisiaj na przykład były podchody z solą. Padło hasło, że zupa to niesłona jest, na co nikt nie zareagował. Więc dziadek drążył dalej zwracając się do mnie "a soli to tam gdzieś nie było?", więc odpowiedziałam, że pewnie była i udałam głupią. Kiedy dziadek zauważył, że "nie zrozumiałam" o co mu chodzi stwierdził, że pewnie zabrakło i zaczął dalej męczyć swoją porcję. W tej chwili do kuchni weszła mama, która słyszała całą rozmowę i powiedziała, że wystarczyłoby jedno grzeczne słowo i dostałby sól. Dziadek stwierdził, że on - uwaga - nie pamięta (!). Wszyscy zgodnie uznaliśmy, że w takim razie trudno i temat się na chwilę zakończył, aż do momentu, kiedy tata wyskoczył z tekstem, że bardzo dobra zupa. Mama odpowiedziała, że jednak nie wszystkim smakuje i zaczęło się na nowo. Dziadek, że niesłona, mama, że wystarczy poprosić i - tu punkt kulminacyjny - znów dziadek, że on nie jest ŻEBRAKIEM. No cóż... Nie jest żebrakiem, więc musiał zjeść niesłoną (w jego mniemaniu) zupę. Swoją drogą... Gdyby nie mama (która zawsze mu nakłada zanim zrobi podchody albo na owe podchody reaguje), to dziadek zapewne przesiedziałby zwykle cały obiad z pustym talerzem i odszedł głodny. Bo sam sobie nie nałoży (nie, nie wiem dlaczego), a poprosić jak widać też nie poprosi. Byłam więc w szoku, że mama mu tej soli nie podała, ale chociaż raz zachowała się, jak należy. Bo dziadek zwykle i tak dostaje to, czego chce. Co swoją drogą wkurza mnie jeszcze bardziej i razem z bratem zawsze mówimy mamie, że ma niepedagogiczne podejście. Bo z dziadkiem, jak z małym dzieckiem. Nie, przepraszam... Gorzej. Dziecku jak się coś wytłumaczy, to ono się nauczy i będzie robiło tak, jak trzeba. Dziadek, stary koń, powinien doskonale wiedzieć, jak się zachować i podejrzewam, że wie, ale robi na przekór. Jest dumny i uparty jak osioł. Zawsze wie najlepiej i nie dociera do niego zupełnie nic. Nigdy się nie przyznaje, że zrobił coś źle. Kiedy widzi, że faktycznie zrobił, zaczyna mówić, że ma słabą pamięć (niezależnie od tego, czy pamięć ma z tym cokolwiek wspólnego, czy też nie) albo że on to się musi wyprowadzić (co miałoby zapewne wskazywać na to, że my go prześladujemy). Czasem to by po prostu trzeba było traktować, jak małe dziecko. Zwłaszcza jeśli chodzi o przysłowiowe "przez kolano i patrzeć, czy równo puchnie". Zaczęłam się już zastanawiać, czy on pewnych rzeczy nie robi przypadkiem złośliwie. No bo to niemożliwe, żeby za każdym jednym razem, w porze obiadu dziadek znikał w swoim pokoju albo ktokolwiekwiegdzie. Potrafi kręcić się cały dzień. Na górę, na dół... Cały dzień. Jak przychodzi pora obiadu, dziadek znika. Nigdy nie jest tak, że znajduje się gdzieś blisko. Zawsze trzeba chodzić go szukać. I za każdym razem jest ta sama śpiewka, żeby nie szedł na górę, jak widzi, że szykuje się obiad albo żeby chociaż nie zamykał drzwi, by mógł słyszeć, jak go wołamy (aczkolwiek ta ostatnia opcja jak dla mnie nic nie da, bo dziadek i tak nie będzie słyszał). Nic nie pomaga. Zawsze trzeba królowi specjalne zaproszenie. ZAWSZE. I żeby chociaż ów król jak król się zachowywał. Niestety... Kiedy tylko siądziemy do obiadu zaczyna się koncert. Koncert taki, który czasami naprawdę odbiera mi ochotę do jedzenia, bo... Dziadek siorbie. I to nie tak, że zdarzy mu się siorbnąć zupą, bo gorąca. Nie, on siorbie wszystkim. Dosłownie WSZYSTKIM. W naszej rodzinie chodzi o nim legenda, że siorbnął kotletem schabowym. Niemożliwe? Wierzcie mi, da się. Chodzi mi czasem po głowie pójście do innego pokoju. Raz podczas obiadu poszłam na taras, bo nie wytrzymałam. Nic nie pomaga... Ani prośby, ani groźby. Nic. Jeszcze zdziwiony zawsze pyta, o co chodzi. Pewnego dnia przyszłam do kuchni, żeby zjeść śniadanie. Dostrzegłam, że dziadek ma zamiar siorbać sobie zupkę chińską (jeden z lepszych przysmaków), więc stwierdziłam, że pójdę w takim układzie zjeść na tarasie, żeby nie psuć sobie apetytu. Kuchnia znajduje się na jednym końcu domu, taras na drugim. Ile to może być? 10, 15 metrów? Wyobraźcie sobie, że i tak go słyszałam. A ponieważ dziadek wszystko siorbie (zasysa, jak odkurzacz, nie ściąga ustami), to się nałyka powietrza i potem beka. I siedzi sobie i beka po jedzeniu. Oczywiście nie dociera, że chociaż powinien powiedzieć "przepraszam". Ponadto ma w zwyczaju sprzątać. I proszę tu nie mylić ze sprzątaniem po jedzeniu, bo talerz zawsze zostawia na stole, a jak "umyje" czasem po sobie kubek, to zdecydowanie lepiej z niego nie pić. W ręcznik, w który on wyciera ręce po tym jak je "umyje" (czyt. opłucze wodą po tym, jak dotyka różnych zakurzonych narzędzi itp.) również lepiej się nie wycierać, żeby nie musieć myć rąk ponownie. Sprzątanie dotyczy rzeczy, które wiążą się z garażem, piwnicą i ogólnie ogrodem, czyli wszelkiego rodzaju narzędzia, farby, drabiny itd. I wszystko by było super, bo to jest naprawdę przydatne, gdyby nie fakt, że dziadek jest jak wiewiórka. Sprząta wszystko, tylko nikt (z nim samym włącznie) nie wie, gdzie to sprzątnął. Problem pojawia się zwykle wtedy, gdy posprząta coś, co jest używane codziennie (przez co leży na wierzchu i tam powinno pozostać) lub jeszcze lepiej - coś, co już było schowane. Tak na przykład ja szukałam ostatnio pędzli. Po całym malowaniu wszystkie farby i pędzle schowałam w jednym miejscu. Żebym nie musiała szukać i żeby dziadek nie znalazł. Niestety jakimś sposobem się do tego dorwał i pędzle zniknęły. Farby zresztą też. I o ile farby znalazłam, o tyle pędzle przepadły. Szukałam w różnych miejscach, które mniej lub bardziej logicznie pasowały, ale to gdzie się znajdowały przebiło wszystko. Musiałam się poddać i zapytać dziadka, co z nimi zrobił, bo inaczej nigdy bym ich nie znalazła. Dziadek wszedł do garażu, rozejrzał się, po czym podszedł do worka z plastikowymi odpadami, odsunął go i wyciągnął zza niego pędzle. To przecież było oczywiste, że tam będą, prawda? Już sama nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. I tak to mi codzienność mija z dziadkiem. Omijam go szerokim łukiem, bo nie chcę być dla niego niemiła, a nie potrafię tego zmienić. Dlatego wolę go unikać. I pomyśleć, że to był kiedyś taki miły starszy pan.
No dobra, ulżyłam sobie, a teraz czas na coś przyjemniejszego. Bo mimo perypetii z dziadkiem, pomyślałam sobie wczoraj, że... Jestem szczęśliwa. Tak po prostu, tak zwyczajnie... Bez żadnych fajerwerków i emocjonalnych szaleństw. Jestem szczęśliwa takim prostym, codziennym szczęściem. Bo mam wszystko, co potrzebne do życia, a nawet więcej... Dużo więcej. I mam znajomych, którzy, mimo iż nie są przyjaciółmi, są gdzieś tam pod ręką, jak trzeba. A jedną z takich osób spotkam jutro (po tym, jak nie widziałyśmy się ponad rok). I cieszę się, że zaczyna się znów obóz. Będę wykończona, moje nerwy będą na granicy wytrzymałości, ciało całe obolałe, a umysł zacznie odmawiać posłuszeństwa pewnie gdzieś koło środy, ale... Nie mogę się już doczekać. To nic, że będę musiała się znów użerać z dzieciorami, które to pewnie jakimś cudem akurat w mojej grupie będą najbardziej nieznośne. To nic, że się nie będę wysypiała, bo całe dnie będę spędzała poza domem. Ważne, że spotkam fajnych ludzi i fajnie spędzimy czas. Bo w to nie mam zamiaru wątpić. I wiecie... Nauczyłam się cieszyć też tym, że jestem sama. Wszystko przecież ma swoje dobre strony, to również. Oczywiście nie stałam się zagorzałą singielką, proszę mnie o to nie posądzać. Ja po prostu staram się cieszyć tym, co mam w danej chwili. I doceniać to. Dzisiaj mi się to udaje i to również jest jedna ze składowych części mojego szczęścia. A singielką i tak przecież długo już nie będę, zgodnie z tym, co pisałam ostatnio. Cieszę się jeszcze z jednej rzeczy. Może nawet to ona cieszy mnie najbardziej. Przestało boleć... Nie powiem, że przestałam myśleć o adresacie autostrady, bo nie przestałam. Wciąż zdarza mi się coś wspomnieć, coś skojarzyć... Ale te myśli... Nie mają w sobie bólu, żalu... Jest zgoda. Tak musiało być. Chyba w końcu udało mi się wybaczyć. Zajęło mi to bardzo dużo czasu (przynajmniej jak na mnie), ale wreszcie odzyskałam spokój. Nie, nie dokonałam tego sama. Powierzyłam to Temu, który wszystko może. I więcej nie muszę się tym martwić. Dopiero niedawno dostrzegłam, że to właśnie wtedy zniknęło wszystko, z czym sobie nie radziłam. Sama nie wiem, dlaczego tak długo zwlekałam. O! I auto moje nowe jutro odbiorę! Czyż życie, nie jest piękne? (Niech nikt nie próbuje zaprzeczać)
 
Wartość czasu zależy od osoby, z którą się go traci środa, 20 lipiec 2011, 15:44
I po wszystkim... Wreszcie! Tyle przygotowań, nerwów, wysiłku, szarpaniny, bieganiny, a potem chwila moment i po sprawie. Jeszcze przed chwilą zastanawiałam się, jak ja przetrwam całą tą zadymę, a nagle teraz siedzę i się zastanawiam, kiedy to zdążyło przelecieć i czy przypadkiem mi się to nie przyśniło. Tak nagle znalazłam się w mojej szarej rzeczywistości, że cały ten weekend wydaje mi się tylko złudzeniem. Muszę jednak przyznać, że (wbrew moim oczekiwaniom) całkiem niezłym złudzeniem. Ale po kolei...
Kochani, czas się przyznać... Na weselu zostałam posadzona przy stoliku z baaaaardzo przystojnym, wysokim brunetem o czekoladowych oczach, w którego towarzystwie spędziłam również te kilka ostatnich dni. Mało tego, że chłop przystojny, to jeszcze miły, wesoły, zabawny, rozmowny, otwarty, a nawet mogę zaryzykować stwierdzenie, że wrażliwy i czuły. Ach... Ze świecą takiego szukać normalnie. Ale chwila, chwila... Nie rozpędzajcie się tak. Niestety... Posiada on jedną ogromną wadę (pośród innych, mniejszych wad) - jest moim kuzynem! Chociaż może i nie jest to taka straszna wada, bo gdyby nim nie był, pewnie nigdy w życiu byśmy nie zamienili słowa, że o spotkaniu nie wspomnę. A tak... Pogadaliśmy, pośmialiśmy się i było naprawdę fajnie. Ponieważ mieszka w Niemczech (razem ze swoją najbliższą rodziną), nie widzieliśmy się jakieś dwa lata. Szmat czasu... I kiedy zobaczyłam go na schodach w kościele (jak przyjechali, my stroiłyśmy ławki i takie tam inne ślubne zdobienie robiłyśmy) przez głowę przebiegło mi takie "o jaaa...!" (gdybym miała w zwyczaju używanie mniej lub bardziej niecenzuralnych słów z pewnością by poleciało jedno z nich... ot na przykład takie tam popularne na "ch" pochodzące od pewnej choroby). Zwłaszcza, że po chwili w drzwiach pojawiła się również jego młodsza siostra, która urodą za bratem zdecydowanie nadąża. Oboje wyglądają świetnie (uważam, że wyglądają najlepiej z całej mojej rodziny), ale też oboje wciąż są młodzi i trochę głupiutcy. I o ile jej to może jeszcze można wybaczyć, bo młodziutka, to on już powinien spoważnieć jednak. Wiem, że nawet by tego chciał. Godziny rozmów, jakie przeprowadził nie tylko ze mną, ale również z innymi członkami naszej rodziny świadczą o tym, że naprawdę chciałby zmienić pewne rzeczy. Problem polega na tym, że nie za bardzo potrafi się uwolnić od tego, jakie jest jego życie. Wszyscy staraliśmy się mu pomóc, wysłuchaliśmy, wsparliśmy. Teraz już od niego tylko zależy, co z tym zrobi. Póki co obiecał, że tym razem nie zerwie kontaktu, kiedy tylko wyjdzie poza próg naszego domu. Wymieniliśmy się numerami i mamy pisać do siebie raz w miesiącu (brzmi na niewiele, ale to naprawdę często w porównaniu z tym, co było dotychczas). Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ponadto odkrył chłopak, że jedyna rodzina, jaką ma, znajduje się w Polsce (tak, po 24 latach go olśniło - lepiej późno niż wcale) i bardzo by chciał pozostać z nią w kontakcie, częściej się widywać. Dotarło do niego chyba, że rodzina to jednak całkiem ważna rzecz w życiu (no, przynajmniej tak mówił - a on zwykle więcej mówi, niż faktycznie robi). Postanowił przyjechać do Polski na wymianę studencką, jednak nie wie, czy to będzie możliwe. Ja szczerze mówiąc bardzo wątpię, że to zrobi, ale gdyby jednak jakimś cudem to załatwił, to bardzo bym się cieszyła. Zwłaszcza, gdyby udało mu się wbić do miasta, gdzie studiuje nasza kuzynka, która zapewniłaby mu mieszkanie i opiekę, nie tylko jeśli chodzi o jego potrzeby, ale także dobór towarzystwa i ochronę przed głupimi pomysłami. Miałby też świetną okazję nauczyć się polskiego, bo póki co rozmawia z nami we własnym języku, który jest mieszanką polskiego, angielskiego i czasami niemieckiego, kiedy wszystko inne zawodzi (bo my, młodzi, niemieckiego nie rozumiemy za bardzo, dlatego to jest już ostatnia deska ratunku). Swoją drogą naprawdę ciekawie się słucha tej jego twórczości (nie, ja się wcale nie nabijam, doceniam, że się stara chłopak, tylko ciągle mu trzeba przypominać, że ma mówić po polsku). Uff... Się rozpisałam o moim drogim kuzynie, ale naprawdę jakoś wyjątkowo zapadł mi w serce. Bardzo chciałabym być w stanie mu pomóc... No nic... Zobaczymy, co pokaże przyszłość.
Przy okazji całej zadymy z gośćmi, mogłam też poznać bliżej brata mojej bratowej (w końcu mogę tak o niej mówić i nie muszę dodawać żadnych "prawie" itp.). Okazał się być całkiem sympatycznym chłopakiem i co ciekawsze, chyba mu u nas było dobrze (spał dwie noce z przyczyn technicznych), bo nie śpieszyło mu się do domu, co mnie szczerze mówiąc nawet zaskoczyło. I tak moi drodzy prowadzałam się po mieście z dwoma chłopakami. Ja to mam branie, co? Szkoda tylko, że jeden to kuzyn, a drugi to młodszy brat mojej bratowej (czyt. absolutnie nie jestem dziećmi zainteresowana - toż to ma ledwo 20 lat!). Ale randkę pod gwiazdami zaliczyliśmy. To znaczy... Jechaliśmy sprzątać salę po niedzielnym obiedzie i młody otworzył szyberdach w swoim (jego rodziców znaczy się) pojeździe, tłumacząc przy tym, że to idealny samochód do randek, bo taki romantyczny nastrój można wprowadzić.
A ogólnie w sprawie całego wesela... Cóż... Nie jestem miłośniczką takich imprez i cieszę się bardzo, że tak rzadko jestem na takowe zapraszana. Jednak to zaliczam do kategorii tych lepszych. Pewnie głównym powodem takiej opinii jest fakt, że znałam bardzo wielu gości, miałam z kim pogadać i dobrze się w tym towarzystwie czułam. Bo impreza sama w sobie nudna tak samo, jak zawsze. Chociaż jedno zdarzenie zapamiętam na pewno na długo. W tym miejscu powinnam wspomnieć, że obsługiwani byliśmy tylko i wyłącznie przez kelnerów - rodzaj męski. Rzadki widok, miły widok. Owi kelnerzy mieli ciekawą taktykę. Otóż obsługiwali tylko jeden stolik na raz. Czyli jak przynieśli przykładowo rosół (nalewali go z dzbanków - sprytne) to wszyscy czterej zaatakowali jeden stół, dzięki czemu mogliśmy zacząć jeść niemalże jednocześnie. Zdziwiliśmy się, jak zrobili nalot na nasz stół, ale stwierdziliśmy, że to było całkiem fajne po czym spokojnie zaczęliśmy sobie konsumować rosół, aż tu nagle... Nastąpił atak serwetek. Powrócili kelnerzy, chwycili serwetki, które stały na stole i rozłożyli nam na kolanach. Nasze miny były zapewne bezcenne. Czegoś takiego się nie spodziewałam. Ba... Czegoś takiego to w życiu nie widziałam, a bywałam już w różnych miejscach i w różnym towarzystwie. Do teraz się zastanawiamy, czy to było normalne, czy też uznali, że jesteśmy tak ciemni, że sobie z serwetkami poradzić nie umiemy. No cóż... Odżałować nie mogę tylko jednej rzeczy. Panowie kelnerzy do obiadu podawali wino, z którego skorzystałam tylko jednorazowo i dolewek musiałam odmawiać, ponieważ przyjechałam samochodem (w sensie, że jako kierowca) i wyszłam z założenia, że tak samo będę wracać. Owe odmawianie było dość trudne, bo wino było taaaaakie doooobreeee... Na szczęście po drugiej odmowie zabrali mi kieliszek i już nie kusiło. Ale wyobraźcie sobie, co poczułam, jak pod koniec wesela dowiedziałam się, że nie wracam sama, bo auto zostaje do dyspozycji brata. Nosz normalnie... Nie dało się tego powiedzieć wcześniej?! Na pocieszenie jednak zostałam przydzielona do samochodu wujka z Anglii. A samochód ów był bardzo dobrą nagrodą pocieszenia, bo to jedyny kot, którego akceptuję. Oj... Zdecydowanie mogłabym takiego kotka posiadać.
Co do mnie... Szaleństwo... Chyba w całym swoim życiu nie słyszałam tylu komplementów, co w minioną sobotę. Wszyscy mi mówili, że ładnie wyglądam, że mam ładną sukienkę, fryzurę (sama sobie robiłam i to na szybko, bo mi czas gdzieś uciekł w całej tej porannej bieganinie) i w ogóle och i ach. Ponadto wszyscy się mnie pytali, jak się czuję. Już się pomału zaczęłam zastanawiać, czy może coś jest ze mną nie tak, źle wyglądam... Ale oni się mnie pytali raczej, jak się czuję z tym, że mój brat się ożenił i się wyprowadza. Co miałam im odpowiadać, kiedy ja ciągle w to nie wierzę? Wydaje mi się, że po prostu wyjechał gdzieś, jak to mu się czasem zdarzało i wróci za tydzień, jakby nic się nie stało. Tylko ta obrączka na jego palcu ciągle mi przypominała, że coś jednak się zmieniło. Przyznaję, że dziwnie z nią wygląda. Ale stało się i nie ma już odwrotu, a jedyne, co mogłam zrobić, to włączyć mu piosenkę, która tak niespodziewanie do mnie przyszła w tym właściwym momencie...
Na koniec jeszcze tylko jedna sprawa. Mam zamiar to zapisać, bo słowa wypowiedziane nabierają mocy, a również świadczą o tym, że się w nie wierzy. Tylko nie pytajcie mnie, skąd mi się to wszystko wzięło. Zatem uwaga, będzie oświadczenie. Najdalej za dwa lata, jeśli nie będę się szykowała do ślubu, to przynajmniej poznam mojego przyszłego męża. Amen. Ja w to wierzę, a Wy? I przyjdę tu, i napiszę, że te słowa się spełniły. O ile nie zapomnę.

PS. Gdyby ktoś był głodny, zapraszam do mojej lodówki. Albo inaczej... Weźcie wpadnijcie do mojej lodówki i coś zjedzcie, błagam... Inaczej ja będę to musiała jeść przez najbliższy miesiąc (jak dobrze pójdzie).

Zgubione w trawie
Rok 2012
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
O mnie nieskromnie słowami kogoś innego



I'm an ang
el, I'm
a devil
I am sometimes in between
I'm as bad it can get
And good as it can be
Sometimes I'm a million colors
Sometimes I'm black and white
I am all extremes
Try figure me out you never can
There's so many things I am

I am special
I am beautiful
I am wonderful
And powerful
Unstoppable
Sometimes I'm miserable
Sometimes I'm pitiful
But that's so typical of all the things I am

I'm someone filled with self-belief
And haunted by self-doubt
I've got all the answers
I've got nothing figured out
I like to be by myself
I hate to be alone
I'm up and I am down
But that's part of the thrill
Part of the plan
Part of all of the things I am

I'm a million contradictions
Sometimes I make no sense
Sometimes I'm perfect
Sometimes I'm a mess
Sometimes I'm not sure who I am


Wśród zieleni liczb
Ci, którzy przeszli przez łąkę:
 
4757
Ci, którzy przysiedli na trawie:
 
1567
Ci, którzy odnaleźli niezapominajki:
 
6
Dorzuć nasionko trawy
Ilość dorzuconych nasionek:
 
310
Niezapominajki
 



Zobacz serwisy INTERIA.PL